Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

Przetestować wszystkie zagraniczne trasy Polskiego Busa to wątpliwe osiągnięcie podróżnicze.

-----

Wiedeń był dla mnie ostatnią.

Zwiedzanie na spokojnie, bo z dodatkowym obciążeniem, choć i tak udało się zobaczyć wiele, od widoku z okna zaczynając:

Maroltingergasse, dzielnica Ottakring.
Skusiłam się na na hotel Hadrigan nie tylko ze względów ekonomicznych. Jeden z oceniających go na Booking.com turystów oburzonym tonem pisał: nie mogliśmy z żoną spać całą noc, bo w pokoju nad nami odbywała się orgia, kręcono film pornograficzny!
Pomyślcie sobie, tak blisko źródła!
Dziwne, że nie kazali mu dopłacić za możliwość słuchowego obcowania z produkcją. Niestety, w trakcie naszego pobytu nic podobnego nie miało miejsca.
Racja, w nocy głośno od ulicy, ale to czepliwe narzekanie.

Prawdziwe zacząć można dopiero na Praterze, który regulaminowo czynny jest od 10:00 - pierwsze atrakcje otwierają się jednak dopiero półtorej godziny później.

Bezcenne - usiąść pod pomnikiem, zamknąć oczy i słuchać muzyki klasycznej w słońcu!


Niezrealizowane marzenie o domu strachów jeszcze poczeka.
A do tego koła w życiu nie wsiądę (dobrowolnie).
W Wiedniu mamy wyjątkową okazję, by spróbować zrozumieć ekspresjonistów. Bilety do samego Leopoldmuseum to koszt 12 euro. Za tę cenę czeka nas wyczerpujące, ok. 4-godzinne zwiedzanie, jeśli chcieć wgłębiać się w szczegóły biografii Egona Schiele i innych artystów epoki.

Przewodnik po kompleksie muzeów.
 Myślę, że warto. Przy okazji poznajemy szczególiki z życia przedwojennego Wiednia, słuchamy melodii, oglądamy dokument i dziwujemy się wyuzdanym (czy naturalnym?) pozom modelek.

Tylna ściana Leopold Museum.


Kolejne trzepnięcie po kieszeni (16,5 euro za normalny bilet) czeka w ZOO. Warto!
Wciąż nie mogę zdecydować, a raczej nie wiem, jak upewnić się, że tym zwierzętom rzeczywiście w klatkach i zagrodach dobrze. Macie jakieś pomysły? "Czy można z czystym sumieniem pójść do ZOO?" to temat na osobny post.


Nie mówcie, że też jej nie widzicie. Pandzia.

Większość gatunków zwierząt ma w wiedeńskim ZOO swoje "domy".
Martwa natura.

Wiedeńskie ZOO dostarcza przynajmniej jednego cudownego przeżycia - możliwość spędzenia w dżungli nawet kilku godzin! Utrzymany w przestronnym budynku mikroklimat (wysoka temperatura, odpowiednio duża wilgotność) pozbawił nas kurtek, a ciężarnych tchu.
Wyobraźcie sobie: gorąco, mokro, wszechogarniająca zieloność i latające nad głowami kolorowe ptaki, a za kilka minut - mroźna jeszcze wiosna.

Typowo pamiątkowy wzorek spod pędzla Gustava Klimta. Nie umniejszając.
Na drugim planie - Parlament. Można leżeć leniwie na trawie i myśleć: tam ważą się losy...

Odpicowany Dworzec Główny.
Pamiątki.
//Wy wiecie, które rzeczy piszę z przymrużeniem oka, prawda?

Czy można podsumować Wiedeń? Spróbuję.
Miło tam, bezpiecznie (choć tą cechę wiążę raczej ze znajomością niemieckiego i wszechobecnym zapachem kawy), nowocześnie, a jednocześnie tradycyjnie. I młodo, i staro. Czuć multikulturowość, zadowolenie ludzi, którzy przyjechali dla lepszego życia. Czuć też ich tęsknotę, ale i trochę rozpanoszenia. Czuje się fajnie.
Oho, blog zaniedbany, a i tak ktoś się tu plącze i ocenia. Dzięki za motywację do wpisu!

A język mój odpychający, jak starówki wielkich miast.

-----

One dziś sednem,
a podczas każdej wycieczki punktem must-see.

Pierwsze wrażenie po zobaczeniu krakowskiego rynku w wieku lat 10(?) - prowincjonalne wow. Wrażenie ogromu, otoczenia przez piękne i wiekowe budowle powtarza się za każdym razem, do momentu gdy co dzień przemierza się ów rynek (lawirując pomiędzy końmi i skośnookimi turystami) w drodze na uczelnię. Uczelnia na rynku - w trakcie trwania zajęć słychać odgłosy kopyt, gwar, hejnał o 12:00.

Usiąść na chwilę na ławce (9:00) w oczekiwaniu na zajęcia, to nie mieć chwili na zebranie myśli.
 - Sorry, could you make a photo?
 - Przepraszam, w którą stronę Floriańska?
 - Dołoży mi pani choć 50 groszy? Uczciwie mówię, to na wino.

Starówki czar mają wtedy, gdy są puste - jak o 8 rano w Wilnie.


Inaczej nie widać między nimi różnicy. Przynajmniej dla mnie - osoby, której architektura nie interesuje.

Na każdej stołecznej starówce:
 - budowle sakralne

Nie oddające majestatu zdjęcie Stephansdomu w Wiedniu. Sorry.
  - turyści (dlaczego się dziwię? Jako i ja biorę udział w tym błędnym kole.)
 - sklepy z drogimi pamiątkami
 - ekskluzywne lokale
 - naganiacze - czy to do klubu, czy to do opery
 - uliczni artyści
 - pomieszanie językowe, a w witrynach sklepowych lingua franca - angielski

Sztuka puszczania wielkich baniek. Wiedeń, przed Parlamentem.

 - gwar i muzyka

Europa. A w Europie coraz częściej starówkę odwiedzam z wewnętrznego musu, pełna naiwności.
Po co pielęgnuję oczekiwania co do starych centrów miast?
Wciąż mam nadzieję, że któreś wywrze na mnie takie wrażenie, jak krakowski Rynek, gdy miałam lat 10. Nie mogę uwierzyć, że z pewnych uczuć się wyrasta.

Poza tym bardzo ciekawią mnie Wasze doświadczenia. Jak uważacie - czy spotkać można jeszcze w europejskich stolicach wyjątkowe starówki? Czym się odróżniają?
To dlatego, że coaching nakazuje zadawać sobie odnoszące się do przyszłości pytanie "po co?" miast przeszłościowe "dlaczego?", gdyż tylko to pierwsze może coś zmienić.

-----

Odpowiem w skrócie:

//potem już nie musicie czytać dalej
//żartowałam

ŻEBY ZŁAPAĆ DUCHA.

Jak mawia moja siostra, prawda w oczy boli. Nie interesuję się architekturą, średnio historią, a trekkingiem to już w ogóle. Nie potrzebuję podróżować dla względów przyziemnych - by zrobić fotografie czy postawić stopę na nieznanym dotąd terenie. Potrafię ignorancko przejść obok najwartościowszego zabytku w mieście - przepraszam.

Dotarło do mnie w końcu, że szukam NSE.

Nowych Stanów Emocjonalnych.
Uczuć, odczuwanych po raz pierwszy.

Jak to połączyć z łapaniem duchów?

Otóż: załóżmy, że jadę do Pragi, rodzinnego miasta tego szalonego pisarza, Franza Kafki (tak było). Pomysł na "Proces" świetny - zjawiają się ludzie, nie wiadomo skąd, pojmują nie wiadomo, za co, a bohater im się poddaje. Tak bardzo chcę wiedzieć, co siedziało w głowie autora, że jadę do Pragi (nie bez znaczenia tanie bilety Polskiego Busa). Idę na kirkut żydowski pooglądać jego grób. Krążę po centrum w poszukiwaniu domu, w którym mieszkał. Okna, przez które wyglądał.

Pełen kamieni grób pana Franza

Travel stalker.

Do Meksyku pojadę kiedyś poszukać śladów Fridy. Ta u góry z Lwem Trockim. (hje hje)
Lepiej!

To samo zdarza mi się w przypadku bohaterów fikcyjnych. Na tym polu nie jestem jednak wyjątkowa, bo podróże śladami postaci literackich zdarzają się na porządku dziennym - biura proponują przechadzkę na londyńską Baker Street i w okolice śladami Sherlocka, a wydawnictwa wypuszczają przewodniki po Sztokholmie krok w krok za bohaterami kryminałów Stiega Larssona.


W metrze londyńskim rozgrywał się odcinek przeniesionego do czasów współczesnych serialu "Sherlock". Stalkowałam aktywnie.

Madness? Skądże! Przywiązanie do postaci fikcyjnych dawno zostało uzasadnione.

Podróżując w miejsca, gdzie obracają(li) się ulubieni bohaterowie, wkraczamy do ich uniwersum.

Bristol to już nie statystyczne angielskie miasto przemysłowe, któremu smaczku dodają dzieła Banksy'ego. To miejsce, gdzie Tony wracał do siebie po wypadku, Effy poznała Freddiego i Cooka, a Frankie miewała liczne romanse. To miejsce naznaczone klimatem "Skins", które przez budowane na tym samym planie domki szeregowe i nijakie małe sklepy jawiło mi się bardziej atrakcyjnym niż Londyn. Czujecie irracjonalizm?

A gdyby móc napić się w typowym angielskim pubie, zawsze zapełnionym bohaterami "Shameless"?

http://chatsworthestate.channel4.com/
Wirtualna wycieczka po pubie The Jockey. Naturalny gwar, interakcja z postaciami serialowymi. Dla miłośników serialu - bezcenne!
Sądzę, że w realu już go nie ma, za to można w Anglii poszukać podobnych. Jak ten, choć jest typowo irish:


I siedząc w takim barze, odradzasz świat fikcyjny w sobie. Urealniasz go, a w pewien sposób z ulgą potwierdzasz jego istnienie, uzasadniasz swoje w nim obcowanie.

Żeby łapać historie, odnajdywać w nich subtelne zależności kulturowe i zdumiewać się uniwersalizmem, warto podróżować.

-----

A Wy, po co podróżujecie?

Próbuję się reorganizować wewnętrznie.

Przeczytałam książkę Beaty Pawlikowskiej. Księga kodów podświadomości, tak się zwie. Znam ludzi, którzy prychają, gdy tylko słyszą słowo podświadomość. Ich wnętrze od razu się buntuje, nie chcąc ich dopuścić do poukładania siebie na nowo, dobrze.



Pawlikowska (abstrahuję tutaj od jej podróżowania i wydawania schematycznych rozmówek) całkiem dobrze rozgryzła swój środek. I uczy tego innych. Może się wydawać, że w zbyt łopatologiczny sposób - trening podświadomości wymaga jednak prostych słów i częstej powtarzalności. I tak p. Beata próbuje wyplenić z czytelnika fałszywe kody, które zapisało życie. A te najmocniej wyryte pochodzą z dzieciństwa.

Przykład? Dziecko dorasta w normalnej rodzinie. Żadnych awantur, kłótni, ale też wyrażania uczuć ze strony rodziców. No, może oprócz dni, gdy dziecko złapie grypę. Leży wtedy z gorączką, a mama przytula i całuje w czoło. Taki okruch miłości. Dziecko ceni sobie rodzicielską miłość i chciałoby zaznawać jej regularnie. Dlatego też co jakiś czas choruje, do czego zmusza je sama podświadomość. Choroba = wyrażanie uczuć. A podświadomość chce, żeby człowiek był kochany. Ale sama nie dowie się nigdy, jak uczynić to w dobry sposób.

Proste. Dlatego staram się zapomnieć o fałszywych kodach, jakie mam wykute głęboko we wnętrzu, i powtarzam nowe. Oto one:

1. Jestem równie ważna jak inni.
2. Chcę być dobrym człowiekiem.
3. Świat jest taki, jaki jest.
4. Koncentruję się na wewnętrznej równowadze.
5. Jestem wolna od ciężaru krzywdy, żalu i nienawiści.
6. Przebaczam.
7. Zasługuję na wszystko, co najlepsze.
8. Ufam w dobro i miłość.
9. Każdy jest odpowiedzialny za własne życie.
10. Mam prawo być sobą.
11. Warto szukać tego, co dla mnie najlepsze.

źródło: B. Pawlikowska, "Księga kodów podświadomości", G + J Gruner + Jahr Polska, 2013

Nie zwracam uwagi na tych, którzy mówią, że rzeczywistość jest brutalna, życie to zweryfikuje i nie ma czasu na pierdoły.

Powtarzam sobie te kody i moja podświadomość też się trochę buntuję. Chcę, żebym obarczała innych winą za to, że źle się czuję. Mówi: nie możesz być taka miła, odpyskuj, odszczeknij, warknij, przyczep się. A ja staję się spokojniejsza i staram się puszczać te nawoływania mimo uszu. Co nie oznacza, że pozwolę komuś wejść sobie na głowę.

Książkę trzeba przeczytać całą, żeby poznać kody, które należy wyplenić, a także zbudować podstawy do nowych. Uwaga, podświadomość może się zbuntować, a w wielu wypadkach tę książkę od Ciebie odsunąć.

----

Tak, przyjęłam pierwszych couchsurferów w swoim życiu! W tym roku korzystanie z dobrodziejstw tej idei uznałam za postanowienie. I zaczynam. Postaram się nie odmawiać prośbom o nocleg. Zapraszam. Jak Ci zależy, to mnie znajdziesz :)

Uważam, że w 99% ci z Couchsurfingu to mili ludzie. Lub przynajmniej potrafią dogadać się z nowopoznanymi osobami i porozmawiać niemal o wszystkim.

Posiedziałam z surferami, pośmiałam się, rooozmawiaaałam i ogólnie miło spędziliśmy czas.

Nie ma to jak porozmawiać z kimś o takich samych zainteresowaniach. Na Zapipidopustkowiu mało kto interesuje się podróżami tak naprawdę.

----

Zaczęłam przeglądać przewodnik po Wilnie. W końcu za miesiąc będę stamtąd wracać. Właściwie nie wiem, czy zobaczymy tam więcej niż kościoły i architekturę. Oglądając zdjęcia turystycznych atrakcji między sakralnymi budowlami przewija się ledwo kilka muzeów. A Wilno liczy ledwie ponad 500 tys. mieszkańców - niewiele więcej od Rzeszowa.

źródło: litwa.lovetotravel.pl


Jeszcze wiele rzeczy muszę sprawdzić. A odpowiedziami może się podzielę.

 - gdzie najlepiej wymienić złote na lity?
 - jak w Wilnie działa komunikacja miejska?
 - gdzie szukać współczesnego Wilna?
 - ile kosztują podstawowe produkty?

Trochę tego będzie. Jakieś sugestie?
Zawsze interesowało mnie, jak Polska postrzegana jest przez obcokrajowców. Słyszałam, że dużo wódki pijemy, wiele narzekamy, jesteśmy mili/chamscy, mądrzy/głupi, ale chcę dokopać się głębiej... Bo coś pod tym musi być, prawda? Jakaś nowa charakteryzująca większość narodu cecha lub szczególnie podobające się zagranicznym gościom, a niedoceniane przez nas miejsca. Zaczynam więc cykl wypytywania obcokrajowców o Polskę. Na pierwszy ogień Azerbejdżanka o wdzięcznym imieniu Lala, która w ramach Erasmusa przyjechała do Rzeszowa.

Z Polski do Azerbejdżanu - minimum 3 053 km według Google Maps

1. Jaka była Twoja pierwsza myśl po przekroczeniu polskiej granicy?
Gdy po raz pierwszy przybyłam do Polski, pomyślałam, że jest to bardzo ciche i spokojne miejsce do życia. Szczególnie Rzeszów, który nie jest bardzo zatłoczony.

2. A co zaskoczyło Cię najbardziej?
Polskie ceny! Nadal mnie zaskakują. Są bardzo niskie w porównaniu do tych w moim kraju.

3. Jak o Polsce myśli się w Azerbejdżanie?
Cóż, w Azerbejdżanie uważa się, iż w Polsce, jak i w wielu innych krajach, jest bardzo zimno... Nie sądzę, aby Azerbejdżanie w ogóle wiedzieli dużo o Polsce.

4. A czy Ty w naszym kraju zastałaś to, czego się spodziewałaś?
Tak, w dużej mierze tak, chociaż przyznam, iż wydawało mi się, że zimą każdego dnia będzie sypać śnieg. Sądzę, że do tej pory omija mnie to tylko dzięki szczęściu.

5. Co najbardziej polubiłaś w Rzeszowie?
Komunikacja miejska, fot. mmrzeszow
Spokojną, cichą atmosferę. W komunikacji miejskiej nigdy nie tłoczą się ludzie - co w moim mieście stanowi duży problem. Kocham Rzeszów dlatego, że to miasto studenckie i spotkałam tu wielu młodych, interesujących ludzi.
 
6. Czego z kolei w tym mieście nie lubisz?
Nie podoba mi się fakt, że w mieście mało się dzieje. Nie ma zbyt wielu miejsc, gdzie można by zabawić się ze znajomymi.

7. Przypadły Ci do gustu polskie smaki?
Polubiłam tutejsze jedzenie, aczkolwiek nie zdążyłam jeszcze wszystkiego spróbować. Kocham natomiast pierogi i żurek. Lubię również zapiekanki. Jedzenie zdecydowanie jest inne niż w moim kraju. W azerbejdżańskiej kuchni nie używa się wieprzowiny - w naszych potrawach jest jednak więcej mięsa i warzyw.

8. Jakie słowa zdarza Ci się najczęściej słyszeć na ulicy?
Przede wszystkim "dziękuję bardzo", "dzień dobry", "do widzenia". Nie mam pojęcia, jak to zapisać (śmiech). Polski jest dla mnie językiem trudnym do przyswojenia, nie potrafię jeszcze nawet poprawnie zbudować zdania.

9. Jakimi cechami charakteru odznacza się według Ciebie typowy Polak?
Nie wiem, czy można powiedzieć, że "typowy Polak" istnieje. Wydaje mi się jednak, że Polacy nie są tak emocjonalni i ciepło nastawieni jak ludzie w moim kraju.

10. Wiążesz z Polską swoją przyszłość?
Nie, nie planuję zamieszkać tutaj na stałe. Jestem bardziej ciepłolubna (śmiech). Ale wyłączając pogodę, Polska to dobre miejsce do życia. Bardzo spokojne.

Zaskoczeni?


Niech się wyżyję i trochę sobie pokrytykuję - nie tylko ze względu na to, że wycieczka do Wiednia się nie udała.

W każdym razie, gdy jestem w bibliotece i zauważę książkę Martyny Wojciechowskiej, przyciąga mnie ona niemiłosiernie. Zawsze wezmę, widząc kolorowe ilustracje na dobrym papierze i opowieści z różnych krańców świata. Sama postać Martyny jednak mnie irytuje.

Od każdej z jej książek oczekuję, że przedstawi ona historię danego bohatera. Och, gdyby mogła się ona odbywać bez udziału inwazyjnego narratora. Martyna, miast przedstawić reportaż jako narrator ukryty (oczywiście nie sądzę, że to jedyna dobra droga), wnosi swoje cztery litery na każdą stronę, narzucając nam swój punkt widzenia. A przeglądając zdjęcia, chwilami czuję, jakbym oglądała jej prywatny album z pamiątkami z podróży. Przecież nie o Martynę powinno tu chodzić, a o ciekawe dla nas bohaterki. Martyna z dzieckiem, Martyna ze szczurami, Martyna to, Martyna tamto. Dżizas...



W każdym razie, co do doboru historii nie mogę się przyczepić. Bohaterki bardzo interesujące, zamieszkujące różne zakątki globu, z różnym podejściem do życia i sytuacją rodzinną. Dziwi mnie jednak trochę eurocentryczny sposób postrzegania przez prawdziwą główną bohaterkę, czyli oczywiście Martynę, różnych kultur. Po tylu latach podróżowania nadal "dziwi się" - Jak ona może tak żyć?!, Jak można zabijać niewinne byki na corridzie?!, itd., itd. - czyli nieuchronne spojrzenie Europejczyka - trochę naiwne, trochę pod publiczkę.

Zdjęcia, jak zawsze, piękne. Nie Martyna je jednak robiła - inaczej nie mogłaby się w nich zmieścić.

Mimo wszystko książka jest wciągająca. Historie pisało życie, więc czyta się miło, szybko i z ciekawością. Tylko ta postać podróżnika za bardzo w blasku fleszy. Podróżnik zawsze kojarzył mi się ze skromnością. I niech tak pozostanie.
Bill Bryson - gawędziarz erotoman, a przy tym podróżnik pełną gębą. Gadatliwą w dodatku, bo w podróży po Europie był samotnie, a wyżywał się pisząc książkę Ani tu, ani tam. Europa dla początkujących i średnio zaawansowanych. Nie jest to typowa wyprawa po Europie, gdyż autor dobiera kolejne cele wyłącznie według własnego widzimisię. To na chwilę wraca do domu, to nie podoba mu się pewne włoskie miasto, więc jedzie dalej. Ocenia często na podstawie własnego poczucia komfortu - jeśli coś nie jest dla niego wygodne - jest głupie. Mierzy wszystko swoją miarą. Itd., itp. Na dowód fragment o moim ulubionym skośnookim narodzie:

(...) musimy zaakceptować nazwy, które podobają się japońskim inżynierom - Sony Handy-Cam, Panasonic Explorer, Toyota Tercel. Osobiście poczytywałbym sobie za obciach kupować samochód, którego nazwa kojarzy się z nową tkaniną syntetyczną, ale Japończycy najwyraźniej uważają te nazwy za podniecające i galaktyczne. Ale czegóż można się spodziewać po ludziach, którzy każdego dnia chodzą w białych koszulach?

Przepraszam za przydługi cytat, aczkolwiek w całości daje pewien obraz. Weźmy poprawkę na to, że książka pisana była w 1991 i wtedy autorowi te nazwy mogły się wydać "galaktyczne". Ale na litość, co ma do tego chodzenie w białych koszulach?!



Bryson podróżuje wraz ze swoim wulgarnym poczuciem humoru, którym książka jest przesycona. Chwilami czytelnik może mieć dość sprośnych wywodów poddziadziałego mężczyzny. Choć przyznam, zaśmiałam się w paru momentach, dla przykładu:

(...) poza tym byłem zbyt zajęty odganianiem ludzi, którzy usiłowali wepchnąć się przede mnie, jakbym przytrzymywał im drzwi. Jeden podjął taką próbę dwa razy. Aby zachować miejsce w rzymskiej kolejce, potrzeba kilofa.

W każdym razie faktycznie to książka o Europie dla średnio zaawansowanych. Autor pisze o wielu miejscach, które trudno sobie wyobrazić nawet na podstawie lektury, jeśli nigdy się ich nie widziało. Poza tym są to miejsca wyjątkowe, więc wszelkie wyobrażenia raczej nie będą zgodne ze stanem faktycznym - więc po co?

Myślę, że jednak sięgniecie po Brysona ze względu na jego luźny styl. Ani tu, ani tam czyta się łatwo i szybko, a czasami można się nawet czegoś dowiedzieć.
Dziś krótko, treściwie, na temat, ale i chwalipiętniczo (ach, jak się cieszę, że tu mogę wymyślać nowe słowa i żaden sensei ani zleceniodawca mnie za to nie skarci :P).

Od dawna chodziło mi po głowie połączenie mapa/y + ściany mojego pokoju.
Pierwotnie chciałam to zrobić tak, jak główna bohaterka w filmie "Let's talk about Kevin" (trzeba zobaczyć, btw.). Przystawiała do ścian swojego gabinetu mapę za mapą, traktując je klejem do tapet. Z tym klejem to przypuszczenie, w każdym razie mapy się trzymały. Kobieta wykleiła tym wszystkie ściany pokoju, jako i ja chciałam zrobić. Nie zrobiłam, bo i tak w moim małym pokoiku mam trochę mebli, także mapy byłyby widoczne w zasadzie na półtorej ściany.
Uległam więc bardziej komercyjnej fototapecie i nie żałuję, bo mapa jest fajowa.

Póki co szafa przystawia mi kawałki Ameryk, ale I'm working on it... :)
Jak wyglądał świat ćwierć wieku temu? Właśnie na to pytanie odpowiada książka Michael'a Palina W 80 dni dookoła świata. Podróżnik (i jeden z twórców Monty Pythona) w trakcie swojej wyprawy dookoła świata pisał coś w rodzaju dziennika. A ten rodzaj, jak wiadomo, czyta się znakomicie.

Od tej pory przez dłuższy czas nie będzie czegoś takiego jak normalność. Pisząc te słowa, Palin 1 października 1988 roku wjeżdża do Aleksandrii. Wie, że pułap kulturowy w ciągu nocy diametralnie urósł, a przez następne dni sytuacja zmieni się tylko wtedy, gdy uda mu się przenocować w luksusowym hotelu, serwującym angielskie śniadanie. (Btw. czy dziś użylibyśmy słowa "normalność" w odniesieniu do zachodniej kultury? Czym jest "normalność"?)


Inspiracją Palina do tej podróży była nie tyle chęć powtórzenia wyczynu fikcyjnego bohatera powieści Juliusza Verne'a "W 80 dni dookoła świata", co telefon od BBC. Potrzebowano faceta, który przejedzie świat w 80 dni, nie korzystając z usług lotniczych. Oczywiście, zachowując przy tym dramaturgię, kreując sytuacje typu: "nie zdążymy na czas, podróż legnie w gruzach". Momentami pewnie tak było.
Palin starał się więc podążać śladami Fogga, odwiedzając po drodze następujące kraje: http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/f/ff/World_palin_80_days.svg

Książka ciekawa, napisana lekko, z poczuciem humoru - zresztą nic dziwnego - czyta się ją sprawnie, nabierając przy tym ochoty na daleką podróż. Czy powoli nie staje się ona klasykiem? Lub inaczej: czy sama podróż dookoła świata w 80 dni nie staje się klasykiem? (tu ciekawa alternatywa)

A tu pierwsza część programu, przedstawiającego przygody Palina z '88.



PS1. s. 57 Słyszałam już o Oum Kalthoum (egipska śpiewaczka-legenda), Umm Kulthum, Umm Kalthoum, Um Kalsum, Umm Kulsum, Omm Kolsoum itp. - różnice w pisowni pseudonimu piosenkarki biorą się z dialektów. Jednak o Al Amkansoun w tym kontekście jeszcze nie słyszałam, a spotkać się z tym w necie można tylko u Palina. Wtf?

PS2. s.221 ...zaskakuje mnie ostry okrzyk Hai!, wydawany przez Japończyków w codziennych rozmowach. Jego świst jest tak dobitny, że masz wrażenie, że ktoś właśnie rzuca w ciebie nożem. Uchylasz się gwałtownie tylko po to, żeby stwierdzić, że to rozmowa telefoniczna. Wprost uwielbiam ten cytat, zaskakująco trafny.
Tu w wersji łagodnej, ale wystarczy pooglądać sobie jakąś dramę, by wiedzieć, o czym mowa. Hai!


M. Palin "W 80 dni dookoła świata", Insignis Media, Kraków 2010
Program "Idiota za granicą" wyprodukowany dla brytyjskiej stacji telewizyjnej Sky1. Jako że blog ten lubi konkrety, pokrótce o głównym założeniu tego formatu:
Karl Pilkington to tytułowy idiota. W tym rozumieniu - człowiek, który poza Anglię rzadko kiedy wystawia nos. Jeśli już, to na wakacje wybiera miejsca, gdzie toalety są komfortowe, a jedzenie jak najbardziej przypominające angielskie. Jego znajomi Ricky Gervais oraz Stephen Merchant wysyłają go więc w najodleglejsze zakątki świata. Karl ma za zadanie aktywnie poznawać różne kultury, w końcu za to mu płacą. A dla widza atrakcyjne są nie tylko obrazy, ale także prostackie komentarze głównego bohatera, któremu po prostu brak obycia. (Gdyż zdobyć go nie chciał).


Książka "Idiota za granicą" jest zapisem pierwszej serii programu, gdzie Karl miał przyjemność podróżować po Indiach, Meksyku, Peru, Chinach, Jordanii, Egipcie i Brazylii. Książka jest jego dziennikiem z podróży (być może już w trakcie kręcenia programu myślano o wydawnictwie, gdyż nie sądzę, żeby Karlowi prócz codziennych męczarni chciało się prowadzić dziennik). Wpisy są lekkie, "szybkie", ale i szybkostrawne. O kulturze danego kraju dowiemy się z bardzo powierzchownych informacji, typu: tu się je żaby, a tu robaki. Ale dlaczego? Nie wiadomo.
Książka jest bogato ilustrowana, co fajnie wygląda na dobrym papierze. Na uwagę zasługują zapisy rozmów między Karlem a producentami programu, ubrane w komiksowe dymki. Dla grafika duży plus.
Ogólnie "Idiota za granicą" to przede wszystkim rozrywka, nic jednak typu "baw się i ucz". To patrzenie na świat oczami przeciętniaka, który używa głównie samych oczu - bez włączenia procesów myślowych. Do przeczytania w jedno popołudnie.


(Ludzie tacy jak Karl istnieją naprawdę - mam tylko wątpliwości czy każdy taki osobnik zgodziłby się na występ w programie rozrywkowym, wiedząc że ludzie z całego świata będą mieli z niego polewkę).
Bardzo międzykulturową książkę miałam okazję przeczytać niedawno. A raczej pochłonąć, bo książka W 80 dni dookoła świata (nie wyjeżdżając z Londynu) wchłania się znakomicie: szybko, sprawnie, gdy umysł pozostaje w pełnym zaangażowaniu, a ogólna idea zostaje na długo.
Autor, Jarek Stępek, założył się pewnego razu, iż w 80 dni uda mu się odnaleźć w Londynie 80 różnych języków. Lepiej powiedzieć jednak: ludzi, którzy tymi językami władają. O niektórych z tych mów przeciętny Polak nie ma nawet pojęcia. Amharski czy igbo niekoniecznie muszą u każdego uruchamiać jakieś skojarzenia. A autor języki te nagrał (można nawet posłuchać tutaj), a następnie zrobił listę.
Jego podróże po Londynie ułożyły się w książce w bloki tematyczne: od wizyty w Chinatownie po dzielnice arabskie, a to przeplatane wędrówką po ambasadach azjatyckich krajów. Opowieść ta ukazuje wielokulturowość na każdej stronicy. Widzimy, jak czują się w Londynie imigranci z różnych krajów, co dla nich znaczy tożsamość narodowa i jak rekompensują sobie tęsknotę za ojczyzną.


Moje nieco wydumane zarzuty co do książki opierają się na założeniu, że Stępek jednak zbyt często cytuje Fogga, co przerywa akcję właściwą, nie czyniąc jej bardziej dynamiczną. Ciężko się w tej historii Verne'a połapać w drugiej połowie książki - no chyba że się ją bardzo dobrze zna. Poza tym drażni mnie, iż autor wprowadza do opowieści osobiste sytuacje - opisy rozmów z dziewczyną - w moim mniemaniu nienaturalnie podrasowane. Lub być może bardzo rzeczywiste, aczkolwiek nie trafiające w mój gust estetyczny w połączeniu z opowieścią.

Idealna lektura drogi - do autobusu i tramwaju - bo to będzie długa podróż. I to, co dobre, szybko się skończy.
http://ecsmedia.pl/c/w-azji-b-iext2740257.jpg 

Kanon podróżniczego reportażu, którego nawet nie śmiem ocenić pod względem estetyki. Tiziano Terzani to legendarny włoski reporter, który w latach 1965-1997 przemierzył Azję niemal wzdłuż i wszerz. Mieszkał m.in. w Chinach, Japonii, Indiach - wraz z żoną i dziećmi. Pracę połączoną z licznymi podróżami po kontynencie wykonywał w większości sam. 

W Azji to zbiór reportaży, ukazujących nie tylko przełomowe dla historii tego kontynentu momenty, ale także opisy społeczeństw. Autor kładzie nacisk na przedstawienie czytelnikowi ciekawych elementów kultury japońskiej - w latach 80. i 90. tak nowych dla Europejczyka (dziś można powiedzieć - przewałkowanych już na skos i na wspak). Terzani przedstawia światki yakuzy, love hotels czy salonów pachinko, które fascynują przede wszystkim jego.

W książce nie brak także dosadnych opisów wojen domowych, jakie targały Kambodżą czy Sri Lanką. Rzecz ciekawa: Terzani nie opisuje z dystansu, pełniąc wyłącznie rolę obserwatora. Pomaga ofiarom rzezi, nie brzydząc się poplamienia krwią. Z drugiej strony rozmawia z przywódcami, pragnąc dotrzeć do serca wydarzeń. 

Terzani ukazuje z bliska istotne dla współczesnej historii Azji postaci: Mao Zedonga, Deng Xiaopinga, cesarza Hirohito czy Matkę Teresę. Przedstawia z obydwu stron, zestawia opinie ich zwolenników i przeciwników, nie wytykając palcami tych dobrych i tych złych.

W Azji to kawał dobrego reportażu. Polecam szczególnie tym, którzy interesują się kulturą Azji - a swoją wiedzę chcieliby uzupełnić o garść historii najistotniejszej z punktu widzenia rozwoju państw. Czyta się szybko, z zaciekawieniem i niedającą się spełnić obietnicą: "jeszcze tylko jeden rozdział".


Wspomnień praskich ciąg dalszy. Dzisiaj przy przeglądaniu zdjęć padło na Cmentarz Żydowski. Można łatwo do niego dojechać metrem, wysiadając na stacji Zelivskeho. Przy wejściu tablica powitalna prosi, by mężczyźni założyli na głowę wykonaną prowizoryczną jarmułkę, których pełno w plastikowym pojemniczku. Nie zauważyłam, by ktoś się do tego zastosował. Trochę problematyczne jest znalezienie grobu Franza Kafki. Oczekiwałam... Czego właściwie? Zniczy? Ogromnych bukietów? Wszelkie oczekiwania wprowadziły mnie w błąd przy szukaniu. Między kamieniami na płycie znajduje się jednak wiele liścików, pozostawionych przez sympatyków pisarza. Między nimi znalazł się także podniszczony, niemieckojęzyczny egzemplarz "Procesu". 


Grób Franza Kafki na Cmentarzu Żydowskim w Pradze


Jedna z alejek

Napiszę notkę po rocznej niemal przerwie. W sumie cyferka na końcu roku się zmieniła, więc można uznać to za rok. Dziś będzie poetycko, bo nie wiem, gdzie indziej mam z moją poezją wyjść. Powiedzcie, gdzie mam wyjść?
I po raz kolejny łączenie dwóch pasji - poezji i podróży.

Lwów

We Lwowie było spokojnie i płytko
Ukrainki o kocich oczach
Ukraińcy z gołymi głowami
nieprzyjemni jak zapach pizzy w jadłodajni.


Ruch uliczny szaleństwo
kuk kuk bieg
postój na podwójnej ciągłej.


Turek Arab impreza
sala murzyńska
mają branie wśród cycatych
obmacanych lachociągów.


Granica to ludzie
selekcja przy bramkach
turyści handlarze.


Piatku wódka papierosy
grzywny chrywny
marszrutki do Lwowa.


Uśmiechy ludzi na każdym kroku
desperacja porozumienia
bo kiedyś to w Polsce było
teraz zukraińczone
dosięgnięte blizną białej Rosji.


Będę wpadać.

Po powrocie z wakacji ciężko się przyzwyczaić do pracy i normalnego funkcjonowania. Na osłodę pozostają mi fotki, przypominające o tym, co znajduje się 14 (w dobrych warunkach drogowych) godzin autokarem stąd. Z miejsca mojego zamieszkania. 


 1. Statek, przewożący turystów na Westerplatte. Nam trafiła się burzowa pogoda i oglądaliśmy ogromne maszyny w Stoczni Gdańskiej na tle błyskawic i w ulewnym deszczu. Bardziej klimatycznie.
 2. Tak bardzo chciałabym pojechać do Kopenhagi...
 3. Grafitti, którego motyw powtarza się na wielu murach i "murkach" w Gdańsku.
 4. Remontowana wieża jednego ze staromiejskich gdańskich kościołów. Szkoda, że nie widzieliśmy momentu umieszczania jej na powrót na szczycie.
 5. Widok na morze z plaży w Brzeźnie. W sumie byliśmy tylko na tej plaży. A szkoda. Tak mało dni do dyspozycji... Za mało, by poczuć dobrze to miejsce.

Nad morze jechać warto. Nawet, jeśli miałoby to oznaczać całą noc i pół dnia spędzone w autokarze. I tyle samo w drodze powrotnej. Wrócę, na pewno wrócę. Nie byłam jeszcze na Helu, a to niewybaczalne.